Biskupi i wybory

Biskupi i wybory


Są sprawy które są oczywiste - na przykład oczywistą dla wszystkich "oczywistością" jest to, że "Kościół nie wtrąca się do polityki". Niby tak, ja też się z tym zgadzam, tylko zastanawiam się dlaczego to niby takie oczywiste? Nie wiem... nie mam także pojęcia co właściwie ten genialny zwrot oznacza. 

Ot, chociażby taki przykład: nasi biskupi wystosowali do wiernych komunikat w związku z wyborami parlamentarnymi. Podkreślają - za papieżem zresztą - fakt, że chrześcijanie mają nie tylko prawo ale wręcz obowiązek uczestniczenia w wyborach. No i mam problem: jestem częścią Kościoła, jeżeli zatem i ja, i inni wierni, pójdziemy do urn, to nijak nie da się uniknąć logicznej konstatacji, że Kościół do polityki się wtrąca. Trudno mi bowiem sobie wyobrazić bardziej polityczne działanie niż wybieranie władzy politycznej w kraju. Zatem postulat nie-wtrącania się do polityki albo zakłada, że wierni nie są Kościołem, albo że wybory nie są aktem politycznym. 

Może ten dylemat da się rozwiązać jakimś pośrednim rozwiązaniem - piszę pośrednim, ponieważ trudno je uznać za kompromis. I daje to wielorakie możliwości interpretacyjne. Pierwszą jest uznanie, że "Kościołem" są jedynie biskupi i prezbiterzy (nie bardzo wiem czy włączamy w tę ekskluzywną grupę także diakonów). Ale tutaj mamy do czynienia z kolejnym paradoksem, ponieważ nieczęsto ostatnio słyszy się postulaty pozbawienia kleru czynnego prawa wyborczego. Czym jest zatem owo mityczne "nie-wtrącanie się". Przy takim (błędnym z punktu widzenia nauczania Kościoła) ograniczającym pojmowaniu Eklezji, może chodzić o wypowiedzi na tematy polityczne. Zatem wszystkim wyświęconym wara od wypowiedzi na tematy polityczne. I tutaj chyba trafiamy w dobry punkt, ponieważ krzyk o wtrącaniu się do polityki jest głośny przy każdym kazaniu czy przemówieniu dotyczącym kwestii społecznych, lub chociażby głośniejszych medialnie. Co ciekawsze ów jazgot jest kompletnie niespójny wewnętrznie - bo za każdym razem powołuje się na "rozdział Kościoła od Państwa". Niespójność bowiem polega na tym, że skoro Kościół i Państwo są rozdzielone, to struktury państwowe jakby "nie widzą" świeceń. Biskupi i księża są li i jedynie liderami opinii. I musi paść pytanie: czemu jakaś grupa liderów opinii nie powinna wtrącać się do polityki? Jest to postulat niezgodny z konstytucją. Ale głoszony z uporem maniaka przez ludzi, którzy co prawda głoszą się obrońcami demokracji ale tak naprawdę są zwolennikami wykluczenia. Nomina sunt odiosa...

Jest jeszcze jedna opcja, polegająca na tym, że pewne przekonania i postawy moralne powinny być na stałe wyłączone z dyskursu publicznego. Na przykład rasizm, faszyzm czy komunizm. Są kraje gdzie nie zakazuje się żadnych poglądów, ale jest także tradycja prawna mówiąca, że dobro wspólne wymaga czasami ograniczenia wolności słowa czy działania publicznego. Nie umiem oprzeć się wrażeniu, że osoby mówiące o "nie-wtrącaniu się Kościoła do polityki" oraz powołujące się na hasło rozdziału Kościoła od Państwa są zwolennikami tego poglądu właśnie. Co więcej uważają oni, że nauczanie Kościoła i chęć włączenia go w życie publiczne (także polityczne) jest zagrożeniem dla dobra  wspólnego. Nie będę się tutaj zajmował krytyką takiego myślenia - niech sobie tak myślą. Przede wszystkim z braku miejsca. W przekonaniu tych ludzi są takie elementy nauki wywodzącej się z Dobrej Nowiny, które są ekstremistyczne i godzą w wolność innych. Przede wszystkim chodzi tutaj o nasze przekonanie, że ludzkie życie należy chronić od poczęcia do naturalnej śmierci. Pada tutaj bardzo często określenie: radykalni przeciwnicy aborcji i eutanazji. Pomijając już oczywisty problem jak można być mało radykalnym przeciwnikiem zabijania należy zwrócić uwagę, że jest to jeden z elementów programów politycznych (za lub przeciw życiu). Kościół nie wypowiada się w sprawie etatyzmu, podatków, systemu tworzenia prawa. Upomina się o jedną rzecz - o życie! Nie umiem powstrzymać się od wniosku, że właśnie o to życie chodzi. Że prawo do zabijania jest ważniejsze od systemów emerytalnych, od ustroju państwowego i tego wszystkiego, co zwykliśmy uważać za istotę polityki. 

Zgadzam się - to jest kluczowy element. Nasz stosunek do życia określa naszą cywilizację. Nie wiem jedynie dlaczego pogląd, że nie państwo nie powinno się zgadzać na zabijanie nienarodzonych dzieci, chorych i starych ludzi godzi w demokrację i ład państwowy, a pogląd radykalnie odmienny nie godzi. Dlaczego sprzeciw jest ekstremistyczny a akceptacja umiarkowana? Ciekawe... nieprawdaż? I być może biskupi i księża "nie-radykalni" mogą się do polityki wtrącać, a "radykalni" nie mogą. Może po prostu to "radykalizm" określa kiedy mamy do czynienia z polityką? 


ilustracja pochodzi w Wikimedia Commons